KUBIŚCIAN

kubiscian

Plik PDF do pobrania

Autor tej książeczki jest bardzo poruszony faktem kolejnej próby wydania. Autor dla uzasadnienia swej pisaniny udaje, że zapomniał o tym, że wszystko zostało już napisane. Wszystko, co jeszcze się zmienia to jedynie krój czcionki.

Pomimo dobrych chęci normalnych wydawnictw, z niezrozumiałych dla nikogo powodów porwał się na rzecz nierozsądną, której owocem jest to właśnie samodzielne wydanie.
Kontynuuje tu rozważania filozofów, rozpoczynając je w tym samym miejscu, lecz wiodąc myśl na manowce, gdyż z zeszłorocznych folderów turystycznych wyczytał, że tam jest lepiej. A jeśli nie lepiej to na pewno ładniej. Poza tym filozofia jest trudna. Autor sprawy Wielkie sprowadza zazwyczaj poniżej poziomu powagi, aby można było się nad nimi pochylić. Wielu uważa, że ma się przewagę z powodu tak uczynionego relatywizmu: pochylać się jest bowiem łatwiej niż zadzierać głowę. Podczas swych obserwacji zauważył, że zupełnie co innego widać, gdy się patrzy z ukosa i po pewnym czasie uznał to za najbardziej właściwy sposób obserwacji.

Autor jak zwykle pisze o sobie w osobie trzeciej, a czasem nawet czwartej, by jeszcze bardziej zdystansować się. Jednocześnie dystansuje się do samego procesu dystansowania się, który jest przecież złudzeniem jeśli nie optycznym, to co najmniej aptecznym (należy tu zaznaczyć, że Autor ufa tradycyjnym związkom chemicznym). Autor traktuje siebie jak zwrotnicę kolejową, która wysyła myśli z nieznanego źródła do nieznanego celu, intuicyjnie zakładając, że zarówno cel jak i źródło kiedyś okażą się być tym samym.

I oto pochylamy się nad nim, pochylonym nad ufajdaną okruchami kanapek klawiaturą i zaglądamy mu przez ramię w monitor. Co on tam robi?
On znów coś pisze!

Reklamy

wieczory i poranki

Są takie wieczory. których unikam.

Nawet, gdy tutejsza biblioteka ogłosiła wieczór autorski z Pilipiukiem – nie poszedłem. Wieczór autorski to forma, w którą nie umiem sobie wyobrazić wpasowania z żadnej strony. Wiele razy zastanawiałem się, o co właściwie bym zapytał, gdybym jednak… Ale nie. Wciąż mam wrażenie, że to jakaś obustronna kapitulacja wiary w słowo pisane.

Bo albo książka mi się podoba albo nie. Czy autor jest garbaty i się jąka nie ma dla mnie znaczenia. A jeśli okaże się, że to cham i prostak, a jego książki są genialne? Co wtedy?

Z drugiej strony siedzi autor, nie dość, że napisał książkę, to będzie musiał się z niej tłumaczyć, wyspowiadać się z tego, czego nie napisał i dlaczego nie napisał.

A jeśli obydwie strony popadną w stan uwielbienia, czytelnicy za treść, autor za czytelnictwo?

Mylę się, skąd mogę wiedzieć, skoro nie byłem? Nie wiem i nie będę.